24 lis 2015

Rozdział 1

Wchodzę do środka. Obskurny, zimny magazyn przyprawia mnie od razu o negatywne emocje.  Szukam drzwi, za które powinnam wejść. Kręcę się trochę, zdobywając zdezorientowane spojrzenia innych pracowników stąd. Kiedy już znajduję właściwy kierunek w szybkim tempie podchodzę do wejścia i ciągnę za klamkę bez ostrzeżenia. Uchylam lekko drzwi chcąc zapytać  o pozwolenie na wejście, jednak widok, który tam zastaję sprawia, że robię dobre pięć kroków w tył.
-Cholera jasna! Czy Ci popieprzeni ludzie nie wiedzą co to znaczy pukać?- Ryczy mój szef, a po chwili z jego biura wylatuje szczupła, blond włosa dziewczyna, z którą się właśnie zabawiał. Przeszkodziłam mu? Ups, co za pech.
-Wejdź!- Daje mi znać, a ja pewnym siebie krokiem wkraczam do pomieszczenia, w którym ten się znajduje.
Cała pewność siebie w jednej chwili ulatuje ze mnie jak z balonu. Jego wzrok lustrujący moje ciało przyprawia mnie o zaczerwienione policzki i spocone dłonie. Jedyne o czym marze w tej chwili to wyjść stąd i na długo nie wracać.
-Dzień dobry, panie Bieber. Przyniosłam…
-Wiem po co przyszłaś, aniołku. –przerywa mi- Usiądź sobie.
Cóż za nagła zmiana humoru.
Chłopak uśmiecha się szeroko, po czym oblizuje wargi jednocześnie stawiając mnie w bardzo niekomfortowej sytuacji. To przecież mój szef. Nie jesteśmy w barze czy klubie, tylko w pracy.
-Postoję – Odpowiadam,  a następnie wysuwam z torebki rulonik z dolarami. Podaję go Justinowi-bo tak ma na imię mój pracodawca- a on przelicza kilkakrotnie banknoty.
-Zgadza się.
Oddycham z ulgą. Pracuję dla niego dopiero tydzień więc jakakolwiek potyczka jest dla mnie niekorzystna.
Czuję, że jego wzrok nie odrywa się od mojego odkrytego w połowie brzucha i zaokrąglonych bioder. Zagryzam policzek od środka odwracając wzrok od pieprzonego ważniaka w garniturze.
-Mam dla Ciebie zlecenie. –Mruczy, a ton głosu, który przybrał przyprawia mnie o nieprzyjemne dreszcze. Czuję też, że nadal się gapi tam gdzie wcale nie powinien więc oplatam ręce wokół odkrytego ciała.
-Nie wstydź się, ślicznotko – chichocze- Uwierz, że widziałem lepsze ciałka niż Twoje.
Tak? A twoja koszula jest niedoprasowana, na włosy nałożyłeś za dużo żelu i źle zawiązałeś krawat, idioto.
-Chcesz zarobić czy nie?- Pyta, a ja ostatecznie siadam naprzeciwko niego. Cieszy mnie fakt, że dzieli nas biurko, ponieważ zdążyłam zauważyć jak bardzo nieokiełznany jest ten człowiek i co mógłby zrobić takiej dziewczynie jak ja. 
Odpowiadam mu tylko kiwnięciem głowy, a on splątuje swoje dłonie delikatnie kołysząc się na obrotowym krześle.
-A więc, Bella…
-Chloe. Mam na imię Chloe. –Zwracam mu uwagę, a on bezczelnie przewraca oczami.
-Wszystko jedno. To ja Ci płacę więc możesz nazywać się Bella. Powinnaś się cieszyć, że odpuściłem Ci to jak weszłaś do mojego biura bez pukania.
Jego głos jest przesiąknięty sarkazmem, a ja tylko marzę, by już stąd wyjść i trzasnąć drzwiami najmocniej jak potrafię. Zdążyłam znielubić tego dupka tak bardzo, że nie oddałabym mu nawet złamanego talonu do najgorszej pizzerii na Brooklynie.
-A więc Chloe, Grace czy jak Ci tam. Dziś wieczorem spotkasz się z pewnym facetem przy ulicy Grand Square*, który przekaże Ci kilka drobnych torebeczek. Zawartość ich jest Ci dobrze znana i chyba zdajesz sobie sprawę jak bardzo musisz na nie uważać, prawda? – Robi przerwę, czekając aż mu przytaknę. –Powinien Cię rozpoznać. Wręczysz mu wtedy jakieś 500 dolarów, reszta będzie dla Ciebie.
Chłopak wyjmuje spod biurka pęczek pieniędzy, przelicza zawartość i kładzie mi kasę przed nosem.
-Masz tutaj 1000 dolarów, dołożyłem ci troszkę więcej. Kup sobie coś ładnego. – Mruga do mnie, a ja gryzę się w język, by tylko mu nie odpysknąć. Zgarniam banknoty i chowam je do torebki. Następnie podnoszę się z krzesła i podchodzę do drzwi.
-Tylko mnie nie zawiedź, Chloe.
-Do widzenia, panie Bieber.
Do widzenia, dupku. - myślę
Staram się zignorować jego chichot, który rozbrzmiewa za moimi plecami. Trzaskam drzwiami i wychodzę.
*
-Chloe, przyjdź do kuchni. Nakładam obiad!- Moja mama woła mnie z kuchni. Zdejmuję z uszu słuchawki i wyplątuję się z kołdry. Przeczesuję dłonią włosy i wskakuję w moje różowe, puchate kapcie. Szuram nimi aż do stołu, po czym siadam i zaczynam jeść.
-Hej, hej, hej! Zaczekaj na mnie i na Brandona. Nie odmówiliśmy modlitwy, skarbie.
Matka klepie mnie lekko w dłonie bym przestała zajadać się zupą warzywną. Obiad u nas w domu to naprawdę rzadkość. Moja mama od zawsze wychowywała samotnie mnie i mojego brata więc często brakowało jej czasu. Miałam cztery lata, kiedy mama zaszła w ciążę z drugim dzieckiem, a kiedy jej partner się o tym dowiedział zostawił ją tak samo jak mój ojciec. Nie znam taty. Nie wiem jak wygląda, czy żyje, czy ma żonę i inne dzieci. Wiem tylko, że ma na imię Daniel i pochodzi z Atlanty. Więcej informacji nigdy nie były potrzebne mi do szczęścia. Nasza trójka od zawsze radziła sobie całkiem dobrze. Mama pracowała jako księgowa w jednej z cenionych firm transportowych w Nowym Jorku. Mimo wielu obowiązków zawsze znajdywała czas by pomóc mi czy Brandonowi w nauce. Ale dokładnie rok temu, gdy ukończyłam szkołę średnią mama poważnie zachorowała. Poczułam jak wszystkie obowiązki spadają na moje barki. Dziś mam 20 lat i utrzymuję rodzinę za nielegalnie zarobione pieniądze. Jeszcze niedawno pracowałam sprzedając przekąski przy stacji metra lub jako kasjerka w małym sklepie z płytami. Nic specjalnego. Moje zarobki ledwo starczały na opłaty i drobne zakupy, do czasu kiedy moja przyjaciółka dała mi namiary na firmę Justina. Na początku przyglądał mi się uważnie. Sprawdzał mnie kilkakrotnie, zaczynając od szkoły, rodziny i moich poprzednich miejsc pracy. Kiedy dostrzegł, że nie mam żadnych nikczemnych planów przyjął mnie na stanowisko dilera. I o to jestem Brooklyńską dilerką, świetnie, prawda?
Moją mamę dopadła osteoporoza tuż po 40-stce. Odkąd dostała wyniki badań w ciągu sekundy stała się osobą niezdolną do pracy, a zasiłek wystarcza jej tylko na leki, które musi przyjmować, by spowolnić rozwój choroby. Nikt nie odczuje bólu dzieci, które muszą patrzeć na to jak ich matka cierpi. I nie życzę tego nawet największym wrogom.
                Po chwili do kuchni wbiega mój brat i tak samo jak ja rzuca się na jedzenie.
-Przestań żreć jak świnia, Brandon. Nie pomodliliśmy się jeszcze. –Uwielbiam go wkurzać, obrażać czy gnębić. W końcu, która starsza siostra tego nie lubi?
-Nie tak ostro, Chloe. Brandon, odłóż łyżkę. Podajmy sobie dłonie. – Prosi nas mama, a ja niechętnie złączam ręce z moim bratem. –Córeczko, ty zacznij.
Przymykam powieki, ściskając dłonie moich bliskich.
-Boże, dziękujemy Ci za dzisiejszy posiłek. Prosimy o więcej takich popołudni. – Mówię, po czym reszta członków rodziny mówi podobne zdania. Następnie kończymy modlitwę i zaczynamy jeść.
                Dwie godziny później otrzymuję wiadomość od szefa o treści „Za godzinę”. Od razu zrywam się z łóżka, w którym zazwyczaj spędzam czas wolny i pędzę do szafy.
Zrzucam z siebie szarą bluzę z kapturem i czarne dresy. Rozplątuję też niechlujnego koka i stojąc w samej bieliźnie przesuwam palcami po ciuchach w mojej szafie. Po chwili wyciągam z niej czarne, obcisłe rurki, ciemnozielony i  przylegający do ciała t-shirt z rękawami ¾ . Szybko wkładam ubrania, poczym wsuwam na stopy krótkie, czarne trampki. Poprawiam maskarą rzęsy, a włosy przeczesuję ruchem dłoni. Myślę, że jestem gotowa.
Wchodzę do pokoju mamy, gdzie zastaję ją siedzącą na fotelu z książką w ręku.
-Mamo, wychodzę na parę godzin do pracy. Wezwali mnie. – Rzuciłam krótko i posłałam jej całusa w powietrzu.
Moja mama myśli, że nadal pracuję w sklepie z płytami. Jednak wersja się troszkę zmieniła. Teraz mam elastyczne godziny pracy, bo jedna z pracownic ma problemy zdrowotne i trzeba ją zastępować. Rozumiecie, stąd ten wzrost pensji itd. Wszystko dokładnie obmyśliłam. Im mama i brat wiedzą mniej, tym czują się lepiej i tego się trzymajmy.
                Wychodzę przed kamienicę. Trzymam zaciśnięte pięści w kieszeniach, bo robi się całkiem chłodno. Jest coraz tłoczniej, ponieważ dochodzi 9 wieczorem. Ludzie teraz kończą pracę, idą na zakupy, idą do pracy, wychodzą ze znajomymi. Zresztą, Nowy Jork nigdy nie śpi.
Cały czas idę wyznaczoną drogą, a ulice robią się coraz węższe, ludzi ubywa, a ja czuje się coraz mniej bezpiecznie. Wyciągam telefon i udaję, że coś w nim robię. To taki ‘’tryb’’ ochronny, znacie to?
Mijam kolejne kamienice, dwie średniej klasy restauracje, oraz skatepark. Wszystko wychodziłoby na to, że jestem już na miejscu. Rozglądam się i jedyne co widzę to szara, zaniedbana kamienica, a światło pali się tylko w jednym oknie. Zaczynam się niepokoić, ponieważ poza mną nikogo tu nie ma. Wyciągam telefon i mam zamiar napisać do szefa, kiedy ktoś ciągnie mnie za rękaw kurtki.
-Chloe?- Pyta mężczyzna w czerwonej kurtce. Na głowie ma kaptur, spod którego widzę tylko parę niebieskich oczu. Jest też chyba pijany, bo śmierdzi od niego alkoholem na kilometr.
Przytakuję mu, a on wyciąga dłoń. W pierwszej chwili chcę mu podać swoją, bo jestem strasznie zestresowana. Jednak przypominam sobie, że on chce pieniędzy. Wyjmuję całe tysiąc dolarów z kieszeni i przeliczam banknoty.
-Dawaj wszystko. – Warczy i wyrywa mi pieniądze z dłoni.
-Należy Ci się tylko połowa tego!- Podnoszę głos i próbuję odebrać swoje pieniądze, ale ten wybucha tylko nieopanowanym śmiechem. Jest wyższy i silniejszy co daje mi marne szanse.
-Gówno mnie to obchodzi, panienko. Bieber jest naprawdę głupi, że wysyła takie laleczki jak ty w takie miejsce jak to. –Pokazuje dłońmi te ohydne i zaniedbane kamienice, a ja zaczynam się bać. Jeszcze chwila, a ja zacznę rzucać się po ziemi i płakać jak mała dziewczynka. Mam na to straszną ochotę i nie zdziwiłabym się gdybym tak właśnie zrobiła.
-Lepiej stąd zmykaj, albo wezmę jeszcze jedną zapłatę. Tym razem w troszkę inny sposób. –Jego twarz jest maksymalnie zbliżona do mojej, wtedy cały odór alkoholu sprawia, że zaczynam głośno kaszleć i oddalać się od mężczyzny. Cały czas cofam się w tył, aż czuję za sobą twardy mur jednego z budynków.
Mężczyzna tylko się śmieje i wyrzuca przed siebie dwa woreczki z białym proszkiem i odchodzi. Serce staje mi w gardle i rzucam się na ziemię. Łapię za opakowania z kokainą i dokładnie sprawdzam czy są szczelnie zamknięte. Gdyby wyleciała z nich chociaż ociupinka byłabym martwa. Mówiąc martwa nie ma tutaj żadnej przenośni.
                Po chwili ruszam w drogę powrotną. Zaczyna padać przez co jęczę z frustracji. Muszę iść teraz do biura Justina, wręczyć mu towar i wrócić do domu bez pieniędzy. Zmarnowałam tylko czas i nerwy na tego człowieka.
Idąc tą samą drogą co przedtem, zaczynam przeklinać pod nosem ludzi, którzy mają pieniędzy jak lodu, a ich życie wygląda lepiej niż z bajki Disneya. Ja nawet nie mam możliwości, by zacząć wspinać się po szczeblach kariery. Po zakończeniu roku szkolnego miałam zacząć studia prawnicze i zostać kimś wysoko cenionym i szanowanym. Ale nie mam tego za złe mamie, to przecież nie jej wina. Od zawsze chciała dla nas jak najlepiej i uczyniła mnie i mojego brata największymi szczęściarzami pod słońcem mając właśnie taką matkę. Kiedyś ona pomagała nam, teraz przyszedł czas kiedy my musimy pomóc jej. Wszystkie te przemyślenia zaczęły zagłuszać lejący się na mnie deszcz, który również przeklinam najgorszymi klątwami pod słońcem.
-Podwieźć Cię?- Ktoś krzyczy z mojego lewego boku przez uchyloną szybę. Jednak nie zwracam na to uwagi i idę dalej. Pewnie to jakiś pieprzony zboczeniec, a ja nie mam zamiaru zostać zgwałcona, a potem zakopana na jego podwórku. Dosyć mam problemów na dziś.
-To ja, Chloe. Odwróć się.
Szybko reaguję i spoglądam w tamtą stronę. Unoszę brwi, kiedy widzę dużego, luksusowego jeepa. W środku skórzane kanapy i głośna muzyka robią na mnie duże wrażenie. Kiedy ja nadal lustruję auto, mężczyzna kiwa dłonią do kierowcy, aby ściszył piosenkę. Domyślam się jak teraz wyglądam i trochę mnie to krępuje, jednak decyduję się z nim pojechać. Podchodzę do samochodu, ciągnę za klamkę i wskakuję do środka.
-Cześć, szefie.

-Cześć, aniołku.  
_
WAŻNE RZECZY
Witam! No i mamy rozdział PIERWSZY. Mam nadzieję, że chociaż trochę was zaciekawił. Jestem strasznie ciekawa waszych opinii i proszę o wyrażenie je w komentarzu
Zanim spytacie jak wyglądają bohaterowie, po prostu odwiedźcie zakładkę "Bohaterowie". :) 
To tyle, proszę o komentarze. To ważne dla autora, szczególnie na samym początku. 

12 komentarzy:

  1. DROGA AUTORKO,JESLI ZAKOCHAM SIE W KOLEJNYM FF KTORE PISZESZ,OBIECUJE CI BLOKA,ALE TEZ STO BUZIACZKOW I VIP W BURDELU DO KONCA ŻYCIA./fankanr1

    OdpowiedzUsuń
  2. kocham, ale jak mi życie będziesz niszczyć tym ff to papa:* @carnalmente

    OdpowiedzUsuń
  3. tak jak cie nienawidze tak kocham to ff

    OdpowiedzUsuń
  4. jesgem teraz the dealer stan

    OdpowiedzUsuń
  5. ZAJEBJSTE JAN ZAWSZE

    OdpowiedzUsuń
  6. jezuuu to bedzie taki sztos. ja juz chce kolejny rozdział/gilinskyxbieber

    OdpowiedzUsuń
  7. Czy mi się zdaje czy to jest absolutnie genialne ? Chyba nie zdaje, to po prostu jest ABSOLUTNIE GENIALNE. Uwielbiam takie FF, tego typu opowiadania są moim życiem. Czekam na na następny rozdział i przy okazji zapraszam do siebie :

    Hope died In my Hands

    OdpowiedzUsuń
  8. Zaciekawiło mnie to ff. Masz już stałą czytelniczkę.

    OdpowiedzUsuń
  9. Mega! Czekam na kolejny!

    OdpowiedzUsuń
  10. Cześć szefie hahahahah Szkoda mi jej i jej mamy :'( Bardzo mi się podoba twój szablon, taki tajemniczy xD Justin jak zwykle rozwala swoim zachowaniem :')

    OdpowiedzUsuń