27 lis 2015

Rozdział 2

Justin cały czas się na mnie gapi, sprawiając, że moje policzki niemal płoną. Pewnie wyglądam jakbym potarła twarz burakiem i wyszła tak z domu. W dodatku strumyk z tuszu płynie po całej mojej twarzy. Czy może być gorzej?
Wyjmuję z torebki przenośne lusterko i zaczynam się przeglądać.
-O mój boże. –Jęczę na mój widok, a chłopak siedzący obok się tylko podśmiewa.
-Nie boisz się wydawać takie dźwięki kiedy jesteśmy sami w moim samochodzie?
Spoglądam na niego i marszczę brwi.
-Sami? Przypominam Ci, że ktoś jeszcze kieruje tym samochodem. – Odpowiadam mu, a następnie wyjmuję mokre chusteczki i próbuję zmazać tusz. Kątem oka patrzę jak Justin szturcha swojego kierowcę, a ten spogląda na niego w lusterku.
-Słyszałeś coś, Luke? Wydaje mi się, że nie. – Mówi mój szef, a ja kończę szorować twarz.
-Absolutnie, panie Bieber. – Kierowca uśmiecha się delikatnie, a mnie opada szczęka.
Czyli jadę z dwoma popaprańcami w jednym aucie, cóż, świetnie.  
-Może potrzebny mu aparat słuchowy. –Prycham śmiechem, a szef wpatruje się we mnie z nikczemnym uśmieszkiem.
-Ja jestem jego aparatem słuchowym. Ja decyduję co słyszy, jak głośno lub kiedy staje się totalnie głuchy. – Puszcza mi oczko, a ja mam ochotę puścić pawia prosto na te skórzane siedzenia. –I nie zapominaj, ślicznotko. Nie przeszliśmy jeszcze na ty.
Uwaga! Konkurs na największego kretyna w całych stanach zjednoczonych wygrywa Justin Bieber!
-Przepraszam, proszę pana. –Odpowiadam i w tym samym czasie zaczynam żałować, że tutaj wsiadłam. Spacer w deszczu może oczyściłby mój najwyraźniej cholernie głupi umysł i nie doszłoby do tego co dzieję się teraz. Nie lubię kiedy ktoś myśli, że jest pieprzonym pępkiem świata, a tak właśnie rozumuje ten czubek.
Przez następne 15 minut jedziemy w zupełnej ciszy. Jedynie mężczyzna obok- nie chcąc używać jego imienia- nuci coś pod nosem. Ja za to oglądam co się dzieje za oknem. Każdy próbuje uciec przed nadchodzącą burzą, a ja czuję delikatny i przyjemny smak zwycięstwa. W końcu, tym razem to nie ja moknę.
-Oh, Chloe! Przypomniało mi się coś. 
A było już tak pięknie.
-Słucham?
-Masz coś dla mnie?
Mój żołądek nieprzyjemnie się skręca. Kompletnie zapomniałam o mężczyźnie, który mnie okradł.
Wyjmuję z kurtki dwa woreczki z tym, na co czekał Justin. Podaję mu je, a on jedynie uśmiecha się na ich widok. Szczerze? Jego uśmiech jest uroczy. Wygląda teraz jak słodki dzieciak, który dostał wymarzony prezent. Szkoda tylko, że ten prezent to nie żadna zabawka.
Po chwili odrywa wzrok od białego proszku i przenosi go na mnie.
-Wypłata cię satysfakcjonuje?- Unosi brwi, a w moim brzuchu ponownie gości nieprzyjemny ścisk. Zagryzam wargi i kręcę przecząco głową.
-Kotku, posłuchaj. Jeśli taki diler jak ty, z tygodniowym doświadczeniem, za dwie akcje dostaje pięć stówek, to wcale nie jest mało. Powinienem Ci wcisnąć dwa razy mniej, ale jesteś naprawdę miłą i ładną dziewczyną… –Zniża ton, a następnie przysuwa się do mnie i kładzie dłoń na moim kolanie. Mój oddech staje się ciężki, a wokół mnie robi się strasznie duszno. Za to Justin sunie ręką wzdłuż mojego uda, rysując na nim różne wzorki palcem. Wcale nie odrywa wzroku od moich oczu i wcale się ode mnie nie odsuwa, wręcz przeciwnie. Jest naprawdę blisko mnie. Czuję jego oddech na mojej szyi, a dłoń na wewnętrznej stronie mojego uda. Chcę żeby przestał, naprawdę mi się to nie podoba i nie powinien mnie dotykać. Jednak nie mam odwagi mu przerwać. W ciągu tygodnia stałam się nie tylko jego maszynką do pracy, ale i pewnym rodzajem własności. Wiem, że jestem już w jego pułapce, więc jeśli dałabym mu teraz w pysk byłabym skończoną idiotką.
-Ukradł mi. – Wyrzucam na jednym tchu i odsuwam się od chłopaka. –Ten mężczyzna ukradł mi moją wypłatę. Zabrał całe tysiąc dolarów, szefie.
Chłopak marszczy zdezorientowany brwi. Odsuwa się ode mnie, poczym chwilę się zastanawia i prawdopodobnie przyswaja to co powiedziałam. Następnie marszczy brwi i zaciska dłoń na moim udzie. Wyrywa mi się z ust ciche syknięcie, a ten od razu mnie puszcza. Nareszcie!
-Luke, wracamy się. Teraz, nie słyszę odmowy. – Kierowca niemal natychmiast wyplątuje się z drogi i wykręca. Justin zaś wyjmuje telefon, wybiera czyjś numer i dzwoni.
-Ralph, za 20 minut na Grand Square. Weź coś ostrego. - Wytrzeszczam oczy i słucham wszystkiego z otwartą buzią. On jest niemożliwy, naprawdę niemożliwy. –Tak, kastet jest w porządku.
-Co?!- Wyrzucam ręce w powietrze, a chłopak przyciska mi dłoń do ust.
-Nic, Ralph. To tylko klakson. Do zobaczenia.
Rozłącza się i od razu spogląda w moją stronę.
-Nie nauczyli Cię w domu, że nie wolno przerywać innym rozmowy?- Unosi brew, a ja znów mam ochotę go palnąć.
-Nie nauczyli Cię w domu, że nie wolno robić innym krzywdy?- Przekręcam głowę na boki, a on parska sarkastycznym śmiechem.
-Jeśli nie przymkniesz tej swojej słodkiej gęby, to nie dostaniesz wypłaty. Zrozumiałaś, suko?- Mówi to z takim spokojem, że nie wiem, w którym miejscu użył sarkazmu.
Od razu się zamykam i opieram głowę o szybę. Dochodzi cholerna północ, a ja siedzę z jakimś chorym psychicznie facetem w samochodzie, aby jechać i zlać innego chorego psychicznie faceta. Czuję, że zaraz sama zwariuję i zacznę się zachowywać jak nie do końca sprawna umysłowo.
Wpatruję się w ulicę, a droga ciągnie się jakbyśmy wracali się przez godzinę. Kiedy w końcu podjeżdżamy pod ten przeklęty i ohydny budynek, Justin zdejmuje marynarkę i rzuca ją na przednie siedzenie. Podwija rękawy koszuli i wysiada z samochodu. Obserwuję go. Idzie w stronę jakiegoś mężczyzny, po czym wita się z nim „męską piątką”. Szef wykonuje do kogoś telefon, a następnie stoi jak kołek przez około pięć minut. Spoglądam w tym czasie na zegarek. Jest 15 minut po północy, czyli za około 40 minut powinnam już wracać do domu. Ale to nie to jest teraz najważniejsze. Najważniejsze jest to, że gość, na którego wszyscy czekali już jest. Facet w tej samej, czerwonej kurtce podchodzi do mojego szefa i jego kolegi.
Justin nawet przez chwilę się nie wacha. Jego pięść ląduje prosto na twarzy mężczyzny, a ten odchyla się do tyłu. Wtedy do gry wkracza kolega szefa. Rzuca się na przeciwnika i uderza go kilkakrotnie. Następnie, kiedy wszyscy wylądowali już na chodniku, Ralph siada na facecie i zaczyna go obrzucać ciosami. Krew tryska na odległość przynajmniej metra.
-Dawaj go, Ralph. Bierz go. –Gadam do siebie, trzymając mocno ściśnięte kciuki.
W tym czasie Justin wyrywa mężczyźnie w czerwonym portfel z kieszeni. Klepie po plecach kumpla, który podnosi się i prostuje. Żegnają się w ten sam sposób co przywitali. Rozchodzą się, pozostawiając pobitego, krwawiącego faceta na ziemi. Przechodzą mnie dreszcze.
Mój pracodawca, a raczej teraz bohater wieczoru wraca do samochodu. Jego włosy są rozmierzwione, a na koszulce widnieją pojedyncze krople krwi. Chłopak łapie się za kołnierz koszuli i chwyta za krawat. Zdejmuje go i rozpina dwa pierwsze guziki. Głośno oddycha i nie wygląda na spokojnego. Ciągle spogląda w stronę mężczyzny leżącego na chodniku. Sama nie jestem pewna, czy wszystko poszło zgodnie z planem. O ile w ogóle był jakikolwiek plan.
-Ruszaj. – Mówi, stukając nerwowo palcami o uda. –Powiedziałem, kurwa, ruszaj!- Krzyczy, a ja podskakuję na siedzeniu. Kierowca nadal odrobinę szamocze się z kluczykami, aż w końcu wyjeżdżamy z tej ohydnej ulicy.
Cały czas przyglądam się chłopakowi. Sama nie wiem dlaczego. Widzę, że jest zdenerwowany, ponieważ głośno i płytko oddycha.
-Wszystko w porządku?- Wyszeptałam, bo po prostu się boję. Jestem wręcz przerażona, ale i odrobinę usatysfakcjonowana. Cieszy mnie to, że ten dupek został ukarany. Może w odrobinę zbyt okrutny sposób, ale zasłużył na to.
-Nic nie jest, kurwa, w porządku. – Zaciska szczękę, a ja nawet nie zauważyłam kiedy zaczęłam drżeć.
Postanowiłam się zamknąć. Wystarczająco dużo wydarzyło się dzisiejszego wieczoru, aby cokolwiek do niego dodawać.
Przemierzamy po raz kolejny te same ulice, aż mam mdłości. Nie odezwałam się ani razu do Justina, obydwoje poczuliśmy, że tą sprawę trzeba przemilczeć i nic więcej nie dodawać.
Po chwili podjeżdżamy pod moją kamienicę. Kierowca parkuje i krępująca cisza nastaje dopiero teraz. Co mam powiedzieć? Rzucić się na niego i podziękować? Czy po prostu mu podziękować i wysiąść? Na szczęście Justin przejął inicjatywę.
Wyjmuje skradziony portfel i daje mi całe tysiąc dolarów. Nic nie mówię, bo nie narzekam. Przyjmuję pieniądze i chowam je do torebki. Nachylam się nad nim i składam pocałunek na jego policzku. Uznałam, że tak będzie najlepiej.
-Dziękuję, to było…- próbuję dobrać słowo, jednak nic nie jest w stanie opisać tego, co się wydarzyło – miłe. Dobrej nocy, panie Bieber.
Wysiadam z samochodu i ostatni raz spoglądam na Justina. Nawet na mnie nie spojrzał. Cóż, mówi się trudno.
Wchodzę do środka i od razu wspinam się na górę. Padam na twarz i jedyne o czym teraz marzę jest gorący prysznic i długi sen. Sama nie wiem czy jestem gotowa, aby iść rano do miejsca, które nazywam pracą.
Chwytam za klamkę i cieszę się, że jestem już w domu. Zdejmuję kurtkę i buty. Przeczesuję włosy dłonią, oraz idę do łazienki, by całkowicie zmyć makijaż. Przechodzę więc przez mieszkanie, ale w pewnym momencie zatrzymuję się przy pokoju Brandona. Ciche pojękiwania, syknięcia, szurnięcia przyprawiają mnie o mdłości. Przewracam oczami i wtargam do pokoju brata.
-Brandon, czy twoja koleżanka może być troszkę ciszej?- Unoszę brwi, a jego mina jest bezcenna. Zrzuca z siebie dziewczynę, która zaciska szczękę prawdopodobnie z bólu jaki jej sprawił. Blondynka zakrywa się pościelą, ale Brandon wyrywa jej ją chcąc zakryć sam siebie. Mam ochotę wybuchnąć śmiechem, ale sama nie mogę zapomnieć o tym, że mieszkamy tu przecież jeszcze z mamą, która najprawdopodobniej śpi.
-Jeśli byś mogła to nie zapomnij zabrać ze sobą bielizny. Mój brat lubi zatrzymywać takie pamiątki po byłych dziewczynach. – Puszczam jej oczko i wychodzę.
Udaję się do mojego pokoju gdzie zaczynam się rozbierać. Zdjęłam już bluzkę, kiedy telefon zawibrował w mojej kieszeni. Wyjmuję go i przesuwam palcem po ekranie. Dostałam wiadomość. Otwieram ją i wbrew mojej woli moje usta układają się w wielki uśmiech.

’’Lubię Twoje perfumy, ślicznotko’’
____
Mamy DRUGI rozdział The Dealer. Swoje opinie wyrażajcie proszę w komentarzu, to bardzo ważne dla autora :) 

21 komentarzy:

  1. ten rozdział to wszystko @carnalmente

    OdpowiedzUsuń
  2. z y c i e, to jest swietne, super, wszystko!!

    OdpowiedzUsuń
  3. niszczysz mi zycie

    OdpowiedzUsuń
  4. juz to kocham....................

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale swietny! Juz uwielbiam to ff! Beeede tu czesto wpadala! Do nn <3

    OdpowiedzUsuń
  6. No no nieźle!! ▔□▔)/▔□▔)/▔□▔)/

    OdpowiedzUsuń
  7. Super ! Prosze... dodaj już następny
    Buziaki ,*

    OdpowiedzUsuń
  8. Jejku cudowny! Proszę, ja chce więcej... Mega rozdziały, serio! Szefa już polubiłam ;D Proszę i dziękuję z góry, za następne rozdziały!! ♥

    OdpowiedzUsuń
  9. Dodawaj następny! Bo już się nie moge doczekać ! ♥

    OdpowiedzUsuń
  10. Next please ! ♥ mega rozdziały ! Szkoda że autro nie odpowiada na komentarze :c kiedy next ? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odpowiadam, jeśli jest na co :) Pytania głównie dotyczą tego, kiedy następny rozdział, a nie mam bladego pojęcia. Jestem w trakcie pisania więc proszę o dalsze odświeżanie/zaglądanie na bloga ewentualne śledzenie mnie na twitterze. I dziękuję za miłe komentarze haha

      Usuń
  11. Naprawde super ! Czm. Nie ma kolejnych ? Prosze o następny ! Bo mega czekam już od paru dni i sprawdzam czy jest nowy :(
    Buziaki ;*

    OdpowiedzUsuń
  12. Kiedy następny ? :( prosze o szybką odpowiedź ! ^^

    OdpowiedzUsuń
  13. Super, zaczyna robić się ciekawie. Życzę weny :-*

    OdpowiedzUsuń
  14. Super rozdział! Czekam na kolejny

    OdpowiedzUsuń