20 gru 2015

Rozdział 4

Dostałam dziś zlecenie. A raczej rozkaz, który trochę odbiega od moich obowiązków w pracy. Dziś rano Justin poinformował mnie, że wybieram się z nim na imprezę. Bez żadnych „ale”.
                Dlatego więc ślęczę przed szafą już dobrą godzinę i przeglądam wszystkie sukienki. Nie przepadam za klubami, dlatego też nigdy do nich nie zaglądam. Poza tym zdecydowanie w moim życiu nie ma czasu na rozerwanie się co prowadzi do tego, że moja imprezowa część szafy świeci pustkami.
-Przydałyby się zakupy. –Gadam do siebie i nadal kopię między wieszakami. Nadal pusto. Dwie czarne, szkolne spódniczki i biała- z czarnymi wstawkami- sukienka, którą miałam na zakończeniu liceum. Może pójdę nago? W sumie, dlaczego nie. Może pomyślą, że skopiowałam kreację Rihanny z CFDA Fashion Awards w 2014 roku i włożyłam przezroczystą sukienkę. Obsypię się brokatem dla lepszej wiarygodności, podkręcę włosy i będzie okej! Jeśli ktoś nie zrozumiał – ta wizja była przesiąknięta sarkazmem i debilizmem. Po prostu ostatnio mało sypiam i wpadam na coraz głupsze pomysły.
                Wyciągam telefon i wybieram numer Lexie. Odbiera po dwóch sygnałach i wita mnie śpiewnym tonem.  
-Hej, Chloe!- Wydziera się w słuchawkę, aż odsuwam ją od ucha.
-Cześć- Rzucam-Potrzebuję ciuchów, sukienek. Odkryte plecy, ramiona, cycki. Cokolwiek, byle szybko. –Wyobrażam sobie właśnie reakcję Lex. Siedzi z palcem przyłożonym do ust i duma czy ma w szafie coś dla mnie. Wiem, że mnie nie zawiedzie. Nawet jeśli nosi rozmiar dwa razy większy, bo jej tyłek jest wielkości arbuza.
-Wpadnij do mnie kiedy będziesz mogła, coś skombinuję.
Widzicie? Wiedziałam.
                Po chwili zamykam moją „garderobę” i idę zrobić pranie. Mama jest dziś bardzo słaba i nawet nie wstała z łóżka. Nie tknęła śniadania i jest strasznie senna. Coś czuję, że dobiera ją gorączka. W między czasie kiedy idę zebrać brudne ciuchy z pokoju Brandona, wręczam mamie termometr. Z trudem wciska go w usta, a ja przyglądam się jej ze zmartwieniem. Chyba to zauważyła, bo delikatnie uniosła kąciki ust i zaczęła uspokajająco pocierać moje dłonie swoimi.
-Nie martw się, Chloe. Mam gorszy dzień. –Przytrzymuje jedną ręką termometr kiedy mówi, żeby nie wypadł jej z ust. Ból przeszył moje serce, bo doskonale znam prawdę i wiem, że wcale to nie jest chwilowy upadek, ani chwilowe przeziębienie. Moja matka codziennie czuje się źle, ale stara się tego nie okazywać. Przechodziła wiele bólów głowy, stawów, kręgosłupa, a nie pisnęła o tym ani słówka. Ale nie potrzeba było słów żeby to zauważyć. Po pewnym czasie przestałam na to zwracać uwagi i mój brat również. Więc jeśli odważyła się mówić o swoich dolegliwościach oznacza to, że jest naprawdę kiepsko.
                Jak się okazało mama ma 38 stopni gorączki. Nie powinnam nigdzie wychodzić tylko się nią zaopiekować. Kiedy wrzuciłam już wszystkie ubrania do pralki wyjmuję telefon i wybieram numer Justina.
-Cześć, aniołku- Odbiera niemal od razu.
-Umm…Proszę pana…To znaczy szefie - Jąkam się- Mam sprawę.
-Mów- wzdycha.  
-Nie mogę dziś się z panem spotkać.
- Chyba jasno się określiłem, że nie interesują mnie twoje problemy. Idziesz i koniec, nie słyszę żadnego pierdolenia. Będę po Ciebie o dziewiątej wieczorem. – Rozłącza się.
-Ja pierdolę- Po raz drugi dzisiaj gadam do siebie i zaciskam telefon w dłoniach.  Nie mam pojęcia co wykombinować i jak rozegrać ten wieczór. Postanawiam, że zostawię mamę Brandonowi chociaż jest to bardzo ryzykowny plan.
*
Wychodzę od Lexie. A dokładnie od Alexandry, bo tak brzmi jej pełne imię. Byłam w szoku kiedy zobaczyłam co dla mnie przygotowała i jestem pewna, że Justinowi się w tym spodobam. Doskonale zdaję sobie sprawę, że nie chodzi tutaj o niego, ale nie chciałabym przecież wypaść źle. To chyba naturalne.
                Kiedy wracam do domu jest już siódma wieczorem. Brandon posłusznie robi mamie herbatę,  a ja biegnę do pokoju żeby się umalować. Uwierzcie mi, że dwie godziny to naprawdę mało.
                Chwytam za tusze, pędzelki, cienie, pudry, podkłady, szminki, szczotki, szczoteczki, kredki do oczu i brwi, eyeliner, lakiery do włosów i do paznokci, a na końcu siadam przy toaletce. Zaczynam od nakładadnia podkładu, rozcieram go chwilę na policzkach, a następnie łapię za róż i płynnymi ruchami rozprowadzam go po kościach policzkowych. Potem postanawiam zająć się oczami. Biorę eyeliner i wzdłuż górnej powieki rysuję kreskę wyciągając ją odrobinę do góry. Mrugam kilka razy i uśmiecham się do lustra. Jest całkiem nieźle. Ostatnie ruchy poświęcam na pomalowanie rzęs i nałożenie na usta kremową, niemal cielistą szminkę. Makijaż jest prosty i skromny, ale bardzo efektowny. Zauważam to dopiero kiedy wciskam się w sukienkę od Lex. Jest czarna i sięga mi do połowy ud. Ma odkryte ramiona, oraz wycięcie na plecach przepasane paseczkami ułożonymi na krzyż. Z przodu zaś wcale nie świecę cyckami, bo dekolt nie jest głęboki. Jest wręcz idealna na dzisiejszą okazję. Zakładam do niej czarne, wysokie szpilki, które wyszczuplają moje nogi i eksponują tyłek. Jedyne czego nie poprawiłam to włosy, ale postanawiam, że po prostu je rozpuszczę. Delikatnie pofalowane spływają po moich ramionach i plecach. Podoba mi się, jest fajnie.
                Zakładam na ramię małą, prostokątną torebkę ze srebrnymi wstawkami i mknę do drzwi. Szybko ominęłam pokój mamy, aby przypadkiem mnie nie zobaczyła w moim „stroju roboczym”. Mam tylko nadzieję, że nie przywieje tu Brandona i nie znacznie węszyć. Ale za późno. Stoi z założonymi rękami na piersiach i lustruje mnie wzrokiem. Gnojek.
-Gdzie w takim stroju wychodzisz?- Unosi brwi- Do pracy?- Prycha sarkastycznym śmiechem, a ja mam ochotę trzasnąć go torebką w twarz.
-Nie mogę już pójść na imprezę? Wiesz kiedy ostatnio miałam wolne?- Mówię szeptem, żeby nie usłyszała mnie mama.
-Ale w takim stroju?- Po raz kolejny lustruje mnie wzrokiem, a ja strzelam go tył w głowy.
-Będę się ubierać tak jak mam na to ochotę, a teraz zejdź mi z drogi i dobrze zajmij się mamą. – Omijam go i wychodzę z domu.
                Kiedy schodzę na dół czeka na mnie duży, czarny wóz, który doskonale poznaję. Wyskakuje z niego Justin i uśmiecha się na mój widok. Mierzy mnie wzrokiem, a ja modlę się, aby moje czerwone policzki nie przebiły się przez makijaż.
-Świetnie wyglądasz- Całuje mnie w policzek i obejmuje wokół pasa. Justin też wygląda nieźle. Ma na sobie spodnie w kolorze khaki, niebieską koszulę z podwiniętymi za łokcie rękawami, przez co jego tatuaże są świetnie wyeksponowane. Włosy ma postawione do góry, a w prawym uchu prezentuje się błyszczący kolczyk.
 Po chwili otwiera drzwi samochodu i każe mi wsiadać. Obydwoje wskakujemy do środka i wyruszamy w stronę jednego z najbardziej ekskluzywnych klubów w Nowym Jorku. Zaczynam się denerwować. Stukam nerwowo czubkami butów i nucę pod nosem wymyśloną melodię. Po chwili zaczyna to denerwować Justina, ponieważ kładzie dłoń na moim udzie. Przez to zatrzymuję nogę i posłusznie ustawiam ją obok drugiej. Ale on nadal nie puszcza. Tkwimy w ten sposób dopóki samochód nie zatrzymuje się przed klubem. Chłopak zdejmuje ze mnie rękę, a mi robi się jakoś…dziwnie. Całkiem miło nam się siedziało i mógłby potrzymać tą dłoń troszkę dłużej.
Wysiadamy i idziemy razem za rękę. Nie przedstawił mi żadnego planu, ale domyśliłam się, że tego wieczoru mam robić za jego dziewczynę, albo „dobrą przyjaciółkę”. Rozumiecie? Dobrą przyjaciółkę, która w oczach innych klęka na skinienie i mu obciąga. Mam nadzieję, że dowiem się tego później.
Przechodzimy przez bramki w ogóle nie pakując się do kolejki. Wchodzimy do klubu, a Justin cały czas trzyma mnie mocno przy sobie, jakby bał się, że mogę mu uciec. Przechodzimy koło baru i ku mojemu zdziwieniu nic nie zamawiamy. Mijamy piszczące dziewczyny, potem wianuszek ludzi, który okrążył wywijającego w środku chłopaka, a na końcu wchodzimy po schodkach na tak zwany balkon. Stamtąd widzimy całą imprezę z góry i możemy poczuć się odrobinę odosobnieni.
-Nadal nie wiem dlaczego tu jestem. –Powiedziałam na tyle głośno, aby przekrzyczeć muzykę.
Chłopak schyla się nade mną-prawdopodobnie dlatego, że nawet w szpilkach jestem od niego niższa-i oznajmia, że na kogoś czekamy, a potem idziemy się bawić. Oh okej, ale ja nadal nie wiem gdzie tutaj odgrywam rolę. Pytam go o to, a w odpowiedzi dostaję wzruszenie ramionami.
-Nie chciałabyś się czasem rozerwać?- Spogląda na mnie i unosi brwi. Teraz to ja wzruszam ramionami.
                Staliśmy opierając się o barierki jeszcze parę minut. Potem przyszedł ten na kogo czekaliśmy i poprosił Justina na stronę. Gapię się na nich i widzę, że czymś się wymieniają. Mężczyzna –którego postanowiłam nazwać brodacz- wyjmuje z kurtki coś czego nie jestem w stanie dostrzec, więc musi być to coś malutkiego. Wciska to Justinowi w dłoń, a on w zamian wręcza mu zrulowane banknoty. Walnęłam się z plaskiem w czoło przez co spojrzało się na mnie parę osób. Przecież on właśnie sprzedał mu narkotyki. Po chwili brodacz zostawia chłopaka, a ten wraca do mnie. Uśmiecha się szeroko, aż mam ochotę strzelić go w pysk i spytać czemu się tak szczerzy. Jestem zdenerwowana, aż spociły mi się dłonie. Nie chcę żeby on robił to przy mnie, nie chcę na to patrzeć i się uczyć.
-Powiesz mi o co było to całe zamieszanie? Nie widzę powodu, abym musiała tu z tobą przyjeżdżać. – Mówię i zakładam ręce na piersi.
-Już ci mówiłem. Chcę, żebyś się troszkę rozerwała. Poza tym kto zabroni mi przyjść do klubu z ładną dziewczyną? Chyba nikt, a w szczególności nie ty.
Jego arogancja i egoizm doprowadza mnie do szału. Chcę już coś powiedzieć, ale ostatecznie trzymam gębę na kłódkę. Wie, że mnie ma. Wie, że ma nade mną kontrolę.
                Justin złapał mnie za rękę i zaprowadził na parkiet. Nie do końca wiedziałam jak się poruszać. Z natury jestem nieśmiała i wolę przebywać w domu ze słuchawkami w uszach, niż skakać w klubie jak małpa po drzewach.
Na początku poruszam się delikatnie. Przymykam oczy i zaczynam kręcić biodrami. Kiedy czuję jak chłopak obejmuje mnie w pasie, wplątuję ręce w swoje włosy i zaczynam kołysać całym ciałem. Czuję jego oddech przy mojej szyi i to jak wali mu serce. Wystraszyłam go? Podnieciłam? Nie wiem, ale podoba mi się fakt, że sprawiłam, że ktoś się denerwuje. Kiedy piosenka dobiegła końca chłopak całuje mnie delikatnie w szyję, aż przechodzą mnie ciarki. Odrywa się ode mnie i łapie moją dłoń. Ruszamy z miejsca i zaczynamy przeciskać się przez ludzi. Mało nie puszczam pawia kiedy zaciągnęłam się ohydnym smrodem alkoholu, potu i fajek złączonym w jedność. Zastanawiałam się czy też cuchnę jak ci wszyscy ludzie. Fuj.
                Wbiegamy do damskiego kibla i zamykamy za sobą drzwi. Nadal nie wiem dlaczego, ale jestem posłuszna. Łazienka jest pusta, przynajmniej tak mi się wydaje. Chłopak podchodzi do blatu gdzie rozmieszczone są umywalki. Przeciera go ręcznikiem, następnie wyjmuje torebeczkę z białym proszkiem i studolarowy banknot. Zwija go w cienką rurkę i podaje mi ją.
-Potrzymaj- mówi. Następnie wysypuje zawartość plastikowej paczuszki i układa wszystko w idealnie równe dwa paseczki. Zabiera ode mnie zwinięte sto dolców i patrzy się na proszek, a potem na mnie. Znów się uśmiecha, a ja znów mam ochotę go strzelić w ryj.

-Masz, panie mają pierwszeństwo.  

___
Jak wam się podoba? Proszę o każdego kto przeczytał o komentarz. Chcę zobaczyć ile osób czyta moje nowe ff :) 

11 komentarzy:

  1. uwielbiam @carnalmente

    OdpowiedzUsuń
  2. sztos, sztos i jeszcze raz sztos @gilinskyxbieber

    OdpowiedzUsuń
  3. Mogłaś dłuższe ;(

    OdpowiedzUsuń
  4. Jej u ciekawe czy Chloe weźmie narkotyki i czy zaliczy Justina ▔□▔)/▔□▔)/▔□▔)/

    Hahahha Aleksandra mrrr moje imię  ̄﹏ ̄

    OdpowiedzUsuń
  5. Czekam na więcej ��

    OdpowiedzUsuń
  6. Ou moja immienniczka. Cudnnie ;d

    OdpowiedzUsuń
  7. Czekam, czekam *.*

    OdpowiedzUsuń
  8. Fajny rozdział, ale krótki. Szybko dodawaj. Życzę weny :-*

    OdpowiedzUsuń
  9. Mam nadzieję, że tego nie zrobi :/

    OdpowiedzUsuń
  10. Bardzo ciekawe opowiadanie!
    Czekam na następny rozdział ;)

    OdpowiedzUsuń