Justin’s POV
Właśnie odwożę Chloe do domu. Impreza z tą dziewczyną to
była jakaś porażka, więc obiecałem sobie, że nigdy więcej. Trochę potańczyła,
pogrymasiła, potupała bucikiem jak pięciolatka, a na dodatek odmówiła darmowej
kreski. Kogo ja do cholery zatrudniłem?
Na pewno kogoś cholernie seksownego. Reszty nie jestem pewny.
Siedzi
obok mnie i usypia. Delikatnie rozdziawia usta, a jej powieki strasznie pragną
się zamknąć i nie otwierać przez parę godzin. Wygląda trochę jak dziewczyna z
pornosa, która szczytuje już piąty raz w ciągu trzech minut. Nieźle.
Przykłada rękę do ust, a z jej warg wydobywa
się jakiś stłumiony dźwięk co przypomina ryk wygłodniałego niedźwiedzia. Uff,
ona na szczęście tylko ziewa.
-Śpiąca?- Pytam i unoszę brwi. To pytanie jest zbędne, ale
trochę się nudzę.
-Aha-Kiwa głową i zamyka oczy, głowę opiera na szybie, a ręce
zawiązuje na piersiach, przez co jej cycki strasznie się ze sobą ściskają. Ups,
oblizałem się.
Chloe
od dziesięciu minut śpi jak dziecko. Przez chwile zastanawiam się czy nie
umiera, bo oddycha naprawdę rzadko. Właśnie podjeżdżamy pod jej kamienicę. Aż
napawa mnie smutek, bo szkoda mi stracić tak dobry widok na taki fajny biust.
-Aniołku-Szepczę i muskam wierzchem dłoni jej ciepły
policzek. Odmrukuje coś w odpowiedzi, ale nie otwiera oczu. Wkurza mnie to,
może jestem zbyt miły. Tym razem wstrząsam nią za ramię i wykrzykuję jej imię.
Śmieję się kiedy dziewczyna podskakuje na siedzeniu i od razu się rozbudza.
-Leć-Rzucam i całuję ją krótko w
policzek. Uśmiecha się nieśmiało i zakłada kosmyk włosów za ucho. Następnie
łapie za swoją torebkę i jak posłuszna córeczka tatusia wychodzi z samochodu i
idzie do domu odrobić lekcje. Ta jej cała nieśmiałość i milczenie jest całkiem
słodkie. Zauważyłem też, że jest wstydliwa, ponieważ na jej policzkach zawsze
wybucha eksplozja kolorów kiedy chociażby skomentuję jej ubiór.
Kiedy
Chloe bezpiecznie dociera za drzwi kiwam dłonią do kierowcy, by ruszał. Wyjmuję
telefon i wystukuję wiadomość.
Ja: Już Ci to chyba mówiłem, ale wyglądasz pięknie w tej
sukience. ;)
Chloe: Dzięki. Ale ja nie powiedziałam Ci tego, że sam
wyglądasz nieźle.
Ja: Oh, wiem. Nie musisz mi tego mówić. Słodkich snów,
aniołku.
Nie odpisuje. Zagryzam wargę i uśmiecham się do telefonu, bo
wiem, że zagiąłem tą mądralę. Chociaż nie ukrywam, że mogłaby odpisać głupie
„Dobranoc Justin”. Trudno.
W
półgodziny docieram do domu. Wysiadam z samochodu, a Luke’a odprawiam do siebie.
Otwieram drzwi, wstukuję kod, aby wyłączyć alarm i rozbieram się z koszuli.
Drapię się po klatce piersiowej i idę do kuchni. Moja lodówka świeci pustkami,
bo w gruncie rzeczy rzadko jadam w domu.
Stoją tylko dwie butelki piwa więc wyjmuję jedną z nich. Stawiam ją na wysepce
z granitowego blatu, a następnie otwieraczem pozbywam się kapsla. Szuram do
salonu i rozwalam się na kanapie, włączam telewizor i wstukuję na pilocie
numer, na którym znajduje się kanał sportowy. Na czterdziesto dwu calowym,
cieniutkim ekranie wyskakuje mecz koszykówki, a ja daję sobie chwilę
odprężenia. Przykładam butelkę do ust i upijam z niej dwa łyki gorzkiego
napoju, lodowatego napoju. Kiedy przymykam powieki spokój zakłóca mi dzwonek do
drzwi. Przecieram twarz dłońmi i jęczę niezadowolony. Ignoruję fakt, że nie mam
koszulki i jestem w samych spodniach. Maszeruję wkurwiony do wejścia, otwieram
drzwi i zamieram w miejscu.
* * *
Nie mam pojęcia co się wydarzyło.
Leżę twarzą na wycieraczce i z trudem wypluwam z ust krew zmieszaną z ziemią.
Podnoszę się na łokciach, następnie rozglądam się dookoła i oceniam sytuację.
Leżę w drzwiach, dokładniej mówiąc w progu. Nogi swobodnie leżą na ciemnych,
drewnianych panelach w środku mieszkania, a tułów marźnie od lodowatej ziemi na
dworze. Podnoszę się, zaciskam zęby, a ból przeszywa mnie od kości policzkowych
do samej brody. Robię kilka kroków wprzód i wyglądam na podjazd. Odjechali.
Wracam
do domu, zamykam dobrze drzwi i staję w progu salonu. Obita jasną skórą kanapa
stoi teraz pod samą ścianą, stolik do kawy leży do góry nogami pod telewizorem gdzie zwykle był umiejscowiony po
środku pokoju. Zaraz obok stłuczonego wazonu leżą drewniane, popękane od
trzasku szuflady, które zostały wyrwane z jednej z komód w garderobie. Wiele innych
rzeczy jak lampka nocna, sztućce, segregatory, teczki, moje ciuchy,
kosmetyczka, książki, płyty dvd pochodzą z kompletnie różnych pokoi, a znajdują
się w jednym. Zaciskam pięści i trzaskam jedną w ścianę. Kojący ból przeszywa
moją rękę od kostek palców aż do łokcia. Złość sprawiła, że niemal zapomniałem
o mojej obolałem twarzy.
Minutę temu twierdziłem, że
jestem wściekły, ale właśnie wchodzę do kuchni i nie wiem co pierwsze
zaatakować. Chwytam za to co mam pod ręką, a mianowicie butelki z alkoholem,
które od pewnego czasu przystrajają moją kuchnię. Roztrzaskane wino pozostawia
po sobie ogromną czerwoną plamę na ścianie, ale ja nadal nie odczuwam ulgi.
Łapię za kolejną butelkę – wódka.
Po chwili rozpierdalam ostatnie
szklane naczynie, a drażniący nozdrza odór alkoholu wypełnia całe
pomieszczenie. Wszystko przez kawałek kartki, która nosi krótką wiadomość.
Masz trzy tygodnie, Bieber.
Chloe’s POV
Ubieram białą, przylegającą bluzkę, która dobrze podkreśla
mój biust. Za rękawami trzy czwarte zakładam na nadgarstki pozłacane
bransoletki, które wydają charakterystyczny grzechot przy skinięciu chociażby
palcem.
Następnie
wciskam na tyłek jeansy, a na stopy wkładam czarne szpilki. Moje włosy po całej
nocy w warkoczyku wyglądają jakbym była u fryzjera dla psów, ale kiedy
przeczesałam je kilka razy wyglądały zdecydowanie lepiej. Uznaję więc, że już
takie zostaną.
Na sam
koniec pudruję delikatnie nosek i bezbarwną, ochronną szminką pokrywam wargi.
Łapię za torebkę i wychodzę z domu. Dzisiaj do pracy zostałam wezwana wyjątkowo
wcześnie. Nie wybieram się na nocną zmianę, ale na popołudniową. Musiałam więc
wykonać swoje domowe obowiązki zdecydowanie wcześniej i w głębi duszy miałam
nadzieję, że Justin nie dowali mi dzisiaj masy roboty. Przychodzi dziś do nas
lekarz rodzinny, aby ocenić stan zdrowia mamy, bo jest z nią coraz gorzej.
Kiedy
dojeżdżam do niedużego magazynu charakterystyczny, palący zapach narkotyków
szczypie mnie w nozdrza. Przejeżdżam wzrokiem po wnętrzu i dochodzę do wniosku,
że wszystko jest tak jak było. Metalowe, ciemnozielone półki, na których
mieszczą się po cztery wysokie kartony nadal stoją w trzech rzędach. Zaraz
przed nimi znajdują się pozaklejane, czarne, miękkie paczki ustawione jedna obok
drugiej. Pracują przy nich kilka osób, które widuje za każdym razem kiedy tutaj
przychodzę niezależnie od pory dnia.
Podchodzę
pod biuro Justina i delikatnie pukam dwa razy do drzwi. Otrzymuję krótkie „proszę”
przez co wchodzę do środka. Mój szef jak zwykle siedzi za szerokim, drewnianym
biurkiem na swoim obrotowym krześle obitym bordową skórą. Kołysze się na nim
trzymając splecione dłonie i wpatruje się we mnie lustrując każdy centymetr
mojego ciała. Wtedy daję sobie trochę czasu, aby przyjrzeć się jemu. Jego
noga ubrana w ciemne jeansy spoczywa na
kolanie poruszając stopą w wymyślonym przez niego rytmie. Dziś ubrał jakieś
sportowe buty z Nike, zamiast swoich słynnych, polakierowanych, eleganckich buciczków. Mijam już spodnie, a
mój wzrok spoczywa na bluzce. Jest to biały t-shirt na krótki rękaw, przez co jego
tatuaże są całkowicie odsłonięte, a dekolt wycięty w serek daje mi widok na
cholernie seksowny krzyż na sercu. Nie mam pojęcia dlaczego zrezygnował dzisiaj
ze swojego garnituru dopóki nie przenoszę wzroku na jego twarz. Wielki,
fioletowy siniak widnieje na jego lewym policzku, a broda i nos noszą lekkie
przetarcia. Nie sposób się nie domyśleć, że dostał od kogoś niezły łomot.
-Sz-szefie, co ci się stało?- Bełkoczę będąc nadal zaskoczona
jego roztrzaskaną, ale nadal przystojną twarzą.
-Co miało mi się stać?- Prycha i unosi brwi. –Nigdy nie
widziałaś siniaków?- Przeraża mnie ten ton, którego nigdy wobec mnie nie
używał. Małe płomyczki stoją w jego oczach i wcale nie są one oznaką pożądania,
ale złości.
Kiedy nic nie odpowiadam, dodaje:
-Może chcesz mieć takie same na swojej buźce?
-Przepraszam.
-W porządku. A teraz usiądź, Chloe. - Wydaje się, że jest
już odrobinę spokojniejszy. Jakby strzelił siebie w tył głowy za to jak się do
mnie odezwał.
Chłopak
przeszukuje segregatory z dokumentami, a w pewnym momencie wysuwa z koszulki
druczek z jakimiś nazwiskami. Chwyta za czerwony długopis i zaznacza w kółko
cztery, czy pięć punktów. Dopisuje coś przy nich małymi literkami, a następnie
podaje mi kartkę.
1.Webber-4:30 PM
2.Maxfield-7:45 PM
3.Paterson-8:00 PM
4.Cohen-9:20 PM
Lista
zawiera jeszcze adresy, oraz dołączona jest do niej mała mapka dojazdu metrem.
-Czy to jest na dzisiaj?- Pytam, cały czas analizując plan.
Czuję wzrok Justina wbijający się w moje piersi co odrobinę mnie krępuje. Dobrze
wiem jak wyglądają w tej bluzce i ani trochę nie powinnam się gniewać, że się
na nie gapi. Sama go prowokuję.
-Tak. Zaraz po wyjściu z biura pokaż tą kartkę Mickowi, a on
da Ci trochę towaru.
-Czy nie moglibyśmy przełożyć tego…
-Nie.
Cóż, okej. Chciałam tylko poprosić czy nie mogę załatwić
jego jutro, bo dziś muszę być przy chorej matce. Pewnie znów będę musiała
pokrzyżować plany mojego brata i kazać mu zostać w domu.
Kiwam głową i chowam
papiery do torebki. Czekam, aż mój szef odprawi mnie mówiąc, że to wszystko na
dziś, ale tak się nie dzieje. Patrzy mi w oczy, a jego zęby skubią dolną wargę.
Chwilę potem przeczesuje swoje potargane, wyjątkowo nieułożone włosy i głośno
wzdycha.
-Dobrze się wczoraj bawiłaś?- Zagryza wnętrze policzka i
jeździ swoimi ciemnobrązowymi tęczówkami po moim ciele. Nie mam pojęcia
dlaczego mnie o to pyta, bo chyba dobrze dałam mu do zrozumienia, że nie
bawiłam się wcale. Może po prostu potrzebuje otworzyć do kogoś gębę i pogadać?
-Tak, całkiem nieźle. – Wzruszam ramionami, chociaż oboje
wiemy, że łżę.
Justin
prycha i każe mi usiąść. Gadamy chwilę o wczorajszej nocy. On opowiada mi o tym
jak spałam z uchylonymi ustami i w jak brutalny sposób musiał mnie obudzić.
-Wiesz, nie sposób mi o tym zapomnieć. Nie na co dzień ktoś
wydziera ci się prosto do ucha i szarpie tobą jak przy trzęsieniu ziemi,
podczas gdy śnią ci się tęcza i jednorożce. – Mówię starając się zachować
powagę w głosie, a Bieber wybucha śmiechem. Jego nos i kąciki oczu delikatnie
się marszczą, a jego poobijaną twarz rozświetla wspaniały szeroki uśmiech. Dopiero
teraz zauważam jak uroczo właśnie wygląda i powoli zapominam o tym, że jest
moim szefem.
____
Hej, mam do was małą prośbę. Proszę, przestańcie prosić o dłuższe rozdziały. Nawet taki krótki rozdział kosztuje mnie sporo pracy i zabiera mi dużo czasu. Jeśli chcecie naprawdę długie to na pewno nie będą dodawane w takim odstępie czasowym co teraz.
Piszcie WSZYSTKO co myślicie o tym co napisałam i o rozdziale w komentarzu :)
Szczęśliwego nowego roku!!!
milosc<3
OdpowiedzUsuńAwwe jak dla mnie boski!
OdpowiedzUsuńDługość tez w sam raz, dopracowany i dzieje się cos pomiędzy naszymi bohaterami! ❤
Czekam na kolejny.: *
czekam na kolejny
OdpowiedzUsuńJej czekalam na ten rozdzial jak dziecko na prezent z pod choinki ciekawe kto tak niezle obil justinowi mordke hehe na szczescie to nie w realu hehe no nic mi sie bardzo podoba czekam na kolejny ;) xoxo zycze weny ;*
OdpowiedzUsuńRozdział jest mega ^^ czekam na kolejny :*
OdpowiedzUsuńBardzo przyjemnie się czyta. Czytam kilka opowiadań z Justinem i twoje jest jednym z najlepszych. Życzę weny i czekam na kolejny rozdział ;-)
OdpowiedzUsuń